|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
|
czwartek, 03 stycznia 2008
Wiadomość od Administratora blox.pl.
Z żalem zawiadamiamy wąskie grono czytelników tego bloga, że Michał Pogrzebowski, urodzony 28 maja 1979 roku w Pułtusku, umarł 13 listopada 2007. Informację tę uzyskaliśmy w wyniku mozolnego i pracochłonnego śledztwa, które przeprowadziliśmy w grudniu poprzedniego roku. Ale po kolei...
Z treści ostatniego listu, który wysłał ze swojego konta mailowego do niejakiej Agaty G, wynika że Michał spakował swoje życie w Belfaście w trzy walizki i cztery kartony, które miał wysłać do swojej siostry do Edynburga, pożegnał się z wszystkimi znajomymi organizując imprezę na trzydzieści osób i wsiadł z ciężkim bólem głowy do samolotu. Najpierw miał lecieć na wysłużone wakacje na Hawaje, a potem wrócić po trzech latach tułaczki do Polski, gdzie miało czekać juz na niego mieszkanie i samochód. Michał nie doleciał do Polski. Jego trop kończy się na Hawajach. Szukaliśmy informacji o katastrofach lotniczych z tamtych rejonów świata. Wysyłaliśmy zapytania do ratowników na Hawajach o ostatnich przypadkach pogryzienia przez białe rekiny, utonięć w oceanie czy poparzeń wywołanych przez Meduzy Kałczańskie, tak często występujące w tamtejszych wodach w okresie zimowym. Zaginięcie Michała zaintrygowało nas do tego stopnia, że skontaktowaliśmy się z Biurem Wizowym w Stanach, by dowiedzieć się, kiedy dokładnie Michał wjechał do kraju i czy z niego wyjechał. Po wielu tygodniach dostaliśmy odpowiedź od Jimma McClumsy, że Michał istotnie przekroczył granicę 08 listopada w Chicago, ale na dzień 24 grudnia 2007 pan Pogrzebowski miał nadal przebywać na terenie Stanów Zjednoczonych. Z informacji, jakie Michał przedstawił na granicy wynika, że miał mieć wykupiony bilet powrotny na 5 grudnia 2007. Nikt o nazwisku Pogrzebowski nie pojawił się w samolocie tamtego dnia. Znaleźliśmy się w martwym punkcie i już przygotowywaliśmy informację na niniejszym blogu o zaginięciu pana Pogrzebowskiego, a wtedy sekretarka biura blox.pl wpadła na dość prosty pomysł. Mając dostęp do jego skrzynki pocztowej, nawiązaliśmy kontakt ze wszystkimi osobami, z którymi Michał korespondował w ostatnich miesiącach. Większość odpowiedzi, które otrzymaliśmy, pochodziły od kobiet, z którymi Michał nie żył w dobrych relacjach. Oto fragmenty niektórych z nich: „A żeby ten chuj spłonął i juz nigdy nie zranił żadnej kobiety...” – Maria K., lat 26 „Proszę nie kontaktować się ze mną odnośnie tego pana. Nasze drogi rozdzieliły się już dawno temu, a mi, otrząsanie brudu po nim, zajęło półtora roku. Teraz nie chcę mu poświęcić nawet sekundy mojego życia i ani jednej już myśli.” – Dominika W., lat 27 „Miło wspominam Michałka, ale ten chłopak musi się jeszcze wiele nauczyć, jak traktować kobiety.” – Daria Z., lat 45 W miarę, gdy dostawaliśmy kolejne listy „wychwalające” Michała, nasza nadzieja na znalezienie go umierała i wtedy, któregoś mroźnego ranka, znaleźliśmy list od Kasi Pogrzebowskiej – tzw. Sister namber łan. Kasia poinformowała nas, że Michał umarł 13 listopada 2007 roku w restauracji „Half Yard” w Honolulu. Podobno jadł jedną z potraw, którą można zjeść tylko na Hawajach i nigdzie indziej na świecie. Nie wiedział, że kawałek ryby był posypany przyprawą Halimakela, na którą Michał miał być uczulony. W połowie posiłku zaczął się krztusić, zabrakło mu powietrza, wymiotował. Gdyby dostał pomoc na czas, może jeszcze cieszylibyśmy się jego towarzystwem, ale niestety. Po dostaniu się zabójczego proszku do jego systemu, przewody oddechowe spuchły uniemożliwiając dostęp powietrza do płuc. Niech pocieszeniem dla bliskich będzie fakt, że Michał nie męczył się. Umarł szybko i prawie niezauważalnie, bo klienci restauracji, jak tylko jego ciało zostało usunięte, wrócili do swoich potraw. Michał nie był ubezpieczony. Kasia wsiadła do samolotu następnego dnia, by pochować brata na Hawajach, bo koszt sprowadzenia ciała do Polski był zbyt duży. To tłumaczy brak informacji na temat jego śmierci w rejestrze wizowym. Dlatego z głębokim żalem zawiadamiamy wszystkich czytelników o śmierci pana Pogrzebowskiego – marzyciela, który probował być szczęśliwy. Proszę przyjąć nasze kondolencje.
Zespół blox.pl
niedziela, 09 września 2007
Monday, Tuesday...
Liga siatkarska Północnej Irlandii swoim poziomem przypomina dolną część trzeciej ligi w Polsce. Powiedzmy, że drużyna, w której gram, to taki KS Dziekan Milicz – brak sposnora, brak trenera i brak zawodników. Jedyny element, który występuje w nadmiarze to aspiracje. Nie mają środków i umiejętności, ale chcą zdobyć Mistrzostwo Kraju. Z nami jest podobnie. Trenujemy raz w tygodniu przez dwie godziny. Trening składa się z elementów rozgrzewki (jak sam o to zadbasz), elementów odbicia piłką (nieważne jak i czym - możesz nawet głową), elementów ataku (na siatce nigdy nie atakujemy z blokiem po drugiej stronie) i gry, która wygląda nudno, ponieważ na trening przychodzą też dziewczyny. Tak przygotowani mamy zdobyć Mistrzostwo Irlandii w nadchodzącym sezonie, naszym pierwszym po awansie do Premier Ligue Południowej Irlandii (taki środek Polskiej Trzeciej Ligi). W osiągnięciu celu mają (mieli) nam pomóc zawodnicy ściągnięci przez naszego Trenera-Rozgrywającego. Przez ostatnie miesięcy nasz Lozano-Zagumny uruchamiał prywatne kontakty i reklamował się w bodajże wszystkich krajach Europy, że taka to i taka drużyna z Belfastu mierzy w Mistrzostwo Irlandii i potrzebuje zawodników. Na ogłoszenie odpowiedzieli głównie zainteresowani z krajów uboższych – Bułgarzy, Estończycy... Polacy. I tak mieliśmy w swoich szeregach dwóch Bułagarów, trzech nowych Polaków i czterech czy pięciu Estończyków. Przyjechali zwabieni przez trenera załatwieniem łatwej pracy, graniem we wspaniałej drużynie z dużymi aspiracjami i premiami za wygrane mecze. Estończycy nie potrafili odbijać piłki, Bułgarzy wyjechali po miesiącu czasu, ponieważ jak się okazało... nie mogli pracować w Wielkiej Brytanii bez pozwolenia o pracę, a takowe nie jest tak łatwo załatwić przy tak dużej ilości Polaków na Wyspach i tylko Polacy wpasowali się do drużyny. Po paru dniach czekania na łatwą pracę załatwianą przez trenera, wzieli sprawy w swoje ręce. Gdy ruszyli na poszukiwania roboty, już tego samego dnia znaleźli zatrudnienie w Centrum Naprawiania Palet. Praca jest ciężka, ale na początek w sam raz dla nich, bo bez znajomości angielskiego trudno o lepszą. Jedyny problem tkwił w tym, że niestety godziny pracy kolidowały z treningami i przyszłymi meczami. Także od czasu, kiedy ich zobaczyłem na pierwszym treningu miesiąc temu, dopiero wczoraj udało mi się spotkać ich drugi raz, podczas turnieju przygotowującego do nowego sezonu. W ciągu miesiąca czasu zdążyli podłapać parę zwrotów po angielsku, zedrzeć ręce od przenoszenia palet i stracić parę kilogramów. Kacper, którego angielski był najgorszy, sypał wczoraj co chwilę przekleństwami, oczywiście z akcentem północnoirlandzkim, co zaskoczyło mnie. Przez miesiąc czasu nauczył się: - fucking dickhead, - suck my dick, - lick my balls, - eat my shit; Nie sądzę, bym musiał wymieniać więcej zwrotów. Gdy staliśmy po skończonym turnieju na zewnątrz, Kacper paląc papierosa (zaczął palić tutaj) pytał się mnie co chwilę o inne brzydkie słowa. - Człowieku, naucz się najpierw normalnych słów, a dopiero później przekleństw – odpowiedziałem zniecierpliwiony. - Ale ja umiem też normalne słowa: Monday, Tuesday, Friday... Większość drużyny wybuchła śmiechem*. * - w naszej 9 osobowej drużynie jest jeden Irlandczyk, jeden Szkot, jeden Czech i sześciu Polaków.
czwartek, 23 sierpnia 2007
Brak tytułu.
Przechodzę obecnie przez bardzo nietwórczy okres i próbuję rozgryźć czemu tak się dzieje. Przecież tyle się zdarzyło od mojego przyjazdu z Polski. Przeżyłem trochę wzlotów i więcej upadków. Jedna dolina nadal chodzi mi po głowie i nie mogę przestać o niej myśleć. To jedna z tych spraw, po której pozostaje niesmak w gębie. Tak czy inaczej, góra czy dół, powinienem srać nowymi notkami, opowiadaniami, a tutaj wielkie nic. Może to jednak nie tutaj jest moje miejsce? A może jestem jak żółw, który dopiero po jakimś czasie od wydarzenia wyda z siebie komentarze i przetworzone wnioski?* Jedno jest pewne, Belfast nie jest moim miejscem. Chodzę do pracy i spędzam osiem godzin praktycznie nic nie robiąc. Moja motywacja sięga dna. Jak sobie pomyślę, że te osiem godzin są najlepszymi godzinami mojego dnia, to mam ochotę zamknąć się w ubikacji i popłakać w papier toaletowy. Wiem, zawarłem umowę i za darmo ich nie oddaje. Jestem legalną dziwką. Codziennie sprzedaję każdą godzinę swojego czasu za pieniądze i tak naprawdę tylko Monet mnie tutaj jeszcze trzyma. Gdybym wcześniej zaczął oszczędzać, nie byłoby już mnie tutaj. Przyjechał do mnie brat na parę dni. Postanowiliśmy polecieć do Edynburgha do naszych sióstr. Oczywiście zrobiliśmy im niespodziankę pojawiając się rankiem w ich ogrodzie i pijąć kawę. To było wprost niesamowite. W tę czerwcową sobotę czułem się fizycznie powiązany z moim rodzeństwem. Rozumiecie? Fizycznie. Czułem jakby ktoś przyszedł i związał nas liną. Jesteśmy czterema różnymi osobami, cztery różne miasta, cztery różne światy, a jak się spotkaliśmy byliśmy znów jednością jak za czasów dzieciaka. Tego dnia nasze ka-tet** znów było razem. To był zdecydowanie mój najpiękniejszy dzień tego roku. I tak poza tym to w sumie wszystko co na dzisiejszej lekcji chciałem z Wami przerobić. Gdy pojawi się coś nowego, dam Wam znać. A teraz – „Let’s shake some dust, children.”*** * - Żółw może umrzeć nawet po paru miesiącach od upadku z deski klozetowej na kafelki po tym jak załatwiał swoje potrzeby. ** - „Mroczna Wieża” Stephen King. Ka – przeznaczenie, tet – grupa. *** - Jak to Samson mawia – „Potrząśnijmy kurzem, dzieci.” Co znaczy – „Ruszamy w drogę, dzieci.”
|